Tamtej nocy nie mogłam szybko zasnąć. Przewracałam się z boku na bok. Na przemian opatulałam się kołdrą i zrzucałam ją całą z siebie. Patrzyłam w okno. Kropelki deszczu uderzały w dach. Woda w rynnach wystukiwała spokojny rytm. Co kilka minut niebo rozświetlało się.
Błyskawice zaczęły swój taniec. ,,Nie bój się - powtarzała mama, gdy płakałam podczas burzy - to tylko dwie chmury, one kłócą się o lepsze miejsce na niebie." To zawsze mnie uspokajało, lecz nie tym razem. Przeczuwałam, że tej nocy stanie się coś niedobrego. Pospiesznie odpędziłam tę myśl od siebie i zajęłam się wymyślaniem planu na następny dzień.
Obudził mnie duszący zapach.
- To dym! - krzyczałam, budząc rodziców.
- Co...co się dzieje? - mamrotała mama, odpychając sen.
- Pali się! - krzyczałam.
Moje ręce i nogi nigdy się tak nie trzęsły. tata pobiegł do piwnicy, by odłączyć prąd. Ale to nie w domu się paliło. Wyjrzałam przez okno. Drzewo przed domem było już całe w płomieniach.
- Mamo, mamo! Mój domek się pali!
Mama zawołała tatę, ten od razu zadzwonił po straż pożarną. Wtedy wybuchłam płaczem. Mama zaczęła mnie uspokajać, aż w końcu zapadłam w sen.
Śniło mi się moje dzieciństwo, a przy tym mój domek na drzewie. Był niesamowity, mimo że brakowało w nim elektryczności i innych mało pożytecznych drobiazgów, na które tak bardzo polowały dzieci w moim wieku. Domek został zbudowany przez tatę, gdy skończyłam 6 lat. To w tym domku poznałam moja pierwszą koleżankę, to tu pogodziłam się z rodzicami po długiej kłótni, to tu uciekałam, gdy było mi źle i smutno. W tym śnie znów sobie wszystko przypomniałam. Wtedy uświadomiłam sobie, że to NIGDY nie wróci. Nie wrócą te dwa szczęśliwe lata, spędzone na zabawach w domku. Mojego domku już nie było, o wspaniałym dzieciństwie też mogłam zapomnieć, zostaną tylko wspomnienia.
Musiałam obudzić się wcześnie rano, ponieważ rodzice jeszcze spali. Wybiegłam na zewnątrz. Podeszłam do spalonego drzewa. Nogi się pode mną ugięły. Serce rozerwało się na dwie części. Wszystko zmieniło się w popiół : moje rysunki, maskotki, ulubiony koc. Z resztek domku wygrzebałam zdeformowana przez ogień, plastikową lampkę na baterie, która niegdyś rozświetlała mój domek. Zaczęłam gorzko płakać. Dla mnie, jako małego dziecka mógł to być najgorszy dzień w życiu. Wtedy na "ratunek" przyszli rodzice. Tata wytłumaczył mi, że pewne rzeczy nie są wieczne.
Pewnego dnia rodzice odwiedzili mnie w pokoju.
- Zdecydowaliśmy z mamą, że wynagrodzimy Ci stratę domku po pożarze - mówił tata.
- Planujemy wyremontować Twój pokój. Będzie tak nowoczesny, że zobaczysz, nikt takiego nie będzie miał! Cieszysz się? - zapytała podekscytowana mama.
- Mamy nadzieję, że będziesz zadowolona - wtrącił tata.
Milczałam, po prostu milczałam. W końcu wyszli z pokoju. A ja nie miałam już domku, do którego mogłabym w takiej chwili uciec.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
niedziela, 5 kwietnia 2015
Bez zbędnych powitań
Mogłabym tu się ślicznie przedstawić, z zachowaniem wszystkich zasad savoir vivre'u i szklić Wasze oczka uprzejmością.
Mogłabym...
Ale wtedy nie byłabym sobą.
Na co dzień, zakładając jedną z pięciu tysięcy masek, jestem bardzo niemiła. Nie mówię "dzień dobry", nie odpowiadam na pytania innych, darzę każdego fałszywym uśmiechem nienawiści. Czy mi się to opłaca? Powiedzmy.
Mogłabym...
Ale wtedy nie byłabym sobą.
Na co dzień, zakładając jedną z pięciu tysięcy masek, jestem bardzo niemiła. Nie mówię "dzień dobry", nie odpowiadam na pytania innych, darzę każdego fałszywym uśmiechem nienawiści. Czy mi się to opłaca? Powiedzmy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)